Rozdział 6 i 7

wtorek, 20.stycznia.2009, 21:44
Rozdział 6 – „Mimo wszystko...”

Wreszcie w Hogwarcie - pomyślała Dan, zajmując miejsce przy długim stole Slytherinu i nakładając sobie na talerz sporą ilość jajecznicy. Przysunęła sobie pod nos gazetę i zatopiła się w lekturze.
-Jest coś ciekawego? – Spytał Andy, siadając naprzeciwko.
-Nie – odparła. – Tylko coś o klamkach odgryzających ludziom ręce do samego łokcia. Znaleźli delikwenta wytwarzającego i sprzedającego to mugolom. Czeka go proces itp. ...
-To wielce ciekawy wynalazek – powiedział z poważną miną Dick.
-Tego kto to wymyślił powinni uwiecznić na kartach historii. – Poparł go Luc.
-Albo zamknąć w Azkabanie. – Zaśmiał się Andy.

Gdy Danielle weszła do swojego dormitorium i usiadła na łóżku, od razu zapragnęła znaleźć się na milę od tego miejsca.
-Widziałyście, jak Scorpius zerkał na mnie przy kolacji? – Pisnęła cała w skowronkach Georgiana.
Eddie jej zawtórowała, a Laura uśmiechnęła się lekko, próbując uprzątnąć bety wokół własnego łóżka.
Mimo iż Laura była często wkurzająca... Chociaż nie całkiem... Danielle myślała, że gdyby nie Geo i Eddie, ta byłaby całkiem normalna. Obie wariatki miały na nią duży wpływ, mimo, że traktowały ją jak piąte koło u wozu. Laurę darzyła największą sympatią, chociaż i tak wolała towarzystwo chłopaków.
-Nie – odpowiedziała Dan.
-Ależ Danielle. – Oburzyła się Georgiana. – Każdy to widział! Ed, powiedz jej!
-Tak! – Poparła przyjaciółkę Eddie. – Gdybyś tylko na niego popatrzyła...
-Właśnie! Ja nie obserwuję go przez dwadzieścia cztery godziny na dobę!
-I nie wiesz nawet co tracisz! – Fuknęła Giana
-Uwierz mi, Geo. Mam o wiele ciekawsze rzeczy do roboty...

Drugi w tym roku mecz Ślizgonów odbył się dopiero po wiosennej przerwie. Śnieg zniknął już całkowicie, ptaki głośno ćwierkały a błonia pokrył dywan soczysto-zielonej trawy. Pogoda była jakby wymarzona, na rozgrywki Quidditcha. Niebo bez żadnej chmurki, ciepłe słońce i lekki wiatr we włosach.
Danielle była w wyjątkowo dobrym humorze. Wysłuchała, nawet bez żadnych docinków całej przemowy Scorpiusa – kapitana i z pewnym uśmiechem na twarzy wyszła na boisko.
W końcu grali z Puchonami. Czym tu się przejmować? Ich drużyna jest niezwyciężona!(pomijając fakt, że pierwszy mecz przegrali z Gryffindorem).
Trybuny wybuchły wrzawą, gdy zawodnicy wystartowali. Danielle była pewna siebie. Równo z gwizdkiem ruszyła ostro w stronę kafla, przechwycając go. Ostrym zakrętem zawróciła i pomknęła w stronę trzech pętli Hufflepuffu.
-ZABINI OD RAZU PRZECHWYCA KAFLA! – Usłyszała gromki głos. To był Henry Garysworth, Krukon. – ZNACZY DANIELLE, A NIE ANDREW! – Poprawił się. – DASTOOD DOGANIA JĄ...
Danielle obejrzała się. Faktycznie jakiś Puchon siedział jej na ogonie i prawdopodobnie będzie się przymierzał do odebrania kafla. Skręciła lekko w prawo i rzuciła piłkę do Paula, który bez problemu ją załapał. Zablokowała go jakaś dziewczyna, więc podał szybkim rzutem do Dicka, krążącego pod nim. Teraz on ruszył ku pętlom.
-DICK DAVIES, A PRZYNAJMNIEJ TAK MI SIĘ WYDAJE, MA KAFLA I PĘDZI W STRONĘ PĘTLI. I... TAK! ZDOBYŁ GOLA! DZIESIĘĆ DO ZERA DLA SLYTHERINU!
Danielle wycofała się, tak jak miała ustalone, na własną połowę boiska. Zobaczyła jak Scor przywołuje do siebie gestem ręki Luca.
-Luc! – Ledwo usłyszała słowa blondyna. – Nie łap znicza, dopóki nie dam ci znaku! Są w złej formie. Nabijemy sobie trochę punktów! Próbuj Faleeste’a odciągać, ale gdybyś musiał, to rób swoje!
-Dobra - zgodził się Lucas wylatując nad innych graczy i zaczynając krążyć nad nimi.
-Dan! – Scorpius tym razem zwrócił się do niej.
-Co?! – Próbowała przekrzyczeć hałas.
-Zmiana planów! Nie wycofujcie się na naszą połowę! Piłkę utrzymujcie jak najbliżej ich pętli! Strzelajcie jak najwięcej! Bez litości!
Danielle uśmiechnęła się groźnie.
-Masz to jak w banku!
-KAFLA MA DASTOOD! PODAJE DO CABOT, A TA DO... PAUL ROBERTS PRZECHWYCIŁ KAFLA! DAVIES! ZNOWU ROBERTS! TERAZ ZABINI! DAVIES! I PONOWNIE ZABINI! CZY KTOŚ WIDZIAŁ LEPIEJ ZGRANĄ DRUŻYNĘ? – Zawył Garysworth. – ANDREW WYBIŁ TŁUCZKA W STRONĘ ATAKUJĄCEJ DAVIESA, CABOT! UCHYLIŁA SIĘ, ALE SEKUNDA WYSTARCZYŁA DICKOWI, NA WYMINIĘCIE JEJ. GOL! ZABINI ZDOBYWA DZIESIĘĆ PUNKTÓW DLA SLYTHERINU!
Danielle nie mogła uwierzyć, jak prosto zdobywali gole. W ciągu meczu tylko dwa razy Scorpius był zmuszony bronić i dwa razy mu się udało.
Dan zaledwie raz musiała uchylić się od lecącego na nią tłuczka.
Luc wypełniał swoje zadanie bezbłędnie. Gdy tylko zauważył trzepot złotych skrzydełek, natychmiast leciał w inną stronę, by zmylić szukającego przeciwników.
Pałkarzom, Andy’emu i Willowi po dziesięciu minutach gry, udało się wreszcie pozbyć obrońcy Puchonów, który z kolei nie bardzo im w sumie przeszkadzał. Unikał jednak ciągle ich tłuczków i dopiero gdy wypuścili na niego na raz dwie piłki, spadł z miotły. Raczej ze strachu, bo świadkowie wydarzenia przyrzekali, że żaden z tłuczków nawet go nie dotknął.
Wbrew przypuszczeniom Luca, które były całkowicie podstawne, że Faleeste jest ślepy wreszcie udało mu się ujrzeć znicza, gdy Luc podczas tej czterdziestominutowej gry widział go przynajmniej pięć razy. Biorąc po uwagę, że Paul trafił właśnie trzynastego gola, postanowił zakończyć sprawę. Bez większych utrudnień złapał znicza i tym samym wygrał Slytherin!
-SLYTHERIN WYGRYWA! DWIEŚCIE OSIEMDZIESIĄT DO ZERA DLA ŚLIZGONÓW!!!

Dla Dan to zwycięstwo było zbyt proste, żeby tak strasznie się z niego cieszyć, ale Ślizgoni zorganizowali przyjęcie w Pokoju Wspólnym. Wydawało jej się nawet, że szukali po prostu przyczyny, żeby się zabawić.
Chętnie pociągnęła haust Ognistej Whisky, ale na tym poprzestała, chwytając butelkę bezpieczniejszego, kremowego piwa. Dick i Luc z żywym zainteresowaniem, ukradkiem podsuwali Laurze ciągle jakiś alkohol. Mniej więcej około północy wszyscy już się dowiedzieli, że ta przeholowała. Bowiem dziewczyna wyszła na stół i ciągnąc za sobą jakiegokolwiek chłopaka postanowiła dać pokaz taneczny, co skończyło się tym, że Dick i Luc w ostatniej chwili złapali ją, w drodze na bliskie spotkanie z podłogą.
Danielle chwyciła ją w pasie, a jej lewą rękę zarzuciła sobie na ramię. Z pomocą bliźniaków dotarła do wejścia do dormitorium dziewczyn, a dalej musiała radzić sobie sama.
Kiedy wreszcie udało jej się nieprzytomną Laurę ułożyć na łóżku, głośno odetchnęła. Spojrzała z czułym uśmiechem na Blackie’go, który zwinął się centralnie pośrodku jej własnej poduszki.
Szybko się przebrała i dołączyła, do swojego pupila.

Następnego dnia, humor Danielle został trochę popsuty przez nowe ogłoszenie, które pojawiło się w nocy na tablicy.

PORADY ZAWODOWE
Wszyscy uczniowie piątych klas proszeni są o przybycie na krótkie spotkanie ze swoim opiekunem domu podczas bieżącego tygodnia, na którym będą mieli możliwość przedyskutowania ich przyszłej kariery zawodowej. Terminy indywidualnych spotkań podane są niżej.


Danielle zerknęła na listę i stwierdziła, że profesor McKinny oczekuje ją w swoim gabinecie w piątek o pół do jedenastej.
Najgorsze było to, że naprawdę poczuła się winna, że o SUM’ach w ogóle jeszcze nie myślała. Powinna już dawno wziąć się ostro do roboty. Ale jest tyle innych ciekawszych rzeczy do robienia...
Przy śniadaniu rozbiła szklankę, co ją tylko rozdrażniło. A Georgiana za wszelką cenę próbowała zwrócić uwagę Scorpiusa na swoją osobę, co było niebywale wkurzające. Dick, Luc i Laura nie przyszli, zresztą wielu Ślizgonów tego dnia było nieobecnych na śniadaniu. Kac. Ot co.
Gdy wychodziła na błonia, zmierzając na lekcję opieki nad magicznymi stworzeniami pękła jej torba i cała zawartość wylądowała na podłodze, przy czym roztrzaskał jej się pojemnik z atramentem, który pobrudził książki i pergaminy. Wszyscy już byli na lekcjach, a ona jak zwykle spóźniona.
Zrezygnowana, usiadła po turecku wśród swoich rzeczy i odetchnęła głęboko.
Usłyszała kroki, a potem zobaczyła wysokiego bruneta o niebieskich oczach w szatach Gryffindoru. Podszedł bliżej.
-Pomóc? – Spytał.
-Nie trzeba. Spóźnisz się na lekcje – odparła odwracając wzrok i biorąc pierwszą książkę do ręki.
Chłopak się zaśmiał.
-Nic nowego – stwierdził. – James Potter. – Przedstawił się.
-Wiem kim jesteś – powiadomiła go suchym tonem.
-Dobrze. A ty, Danielle Zabini, prawda?
-Z tego co wiem, to tak. – Zgodziła się z nim.
Potter kucnął tuż obok i zaczął zbierać jej podręczniki.
Czemu był taki miły?
-Mówiłam, że nie trzeba – powtórzyła Ślizgonka.
Danielle wycelowała różdżką w torbę, która od razu się naprawiła.
-Chętnie spóźnię się na wróżbiarstwo – odparł i włożył stos książek do czarnej, ledwo naprawionej torby.
Danielle mruknęła coś pod nosem.
-Wczoraj – zaczął chłopak. – Świetnie grałaś. Serio. Aż siedem goli.
-Dziękuje. Tylko dzięki drużynie. – Dodała.
-Właśnie – przytaknął. – Jesteście naprawdę świetnie zgrani.
Kąciki jej ust drgnęły, ale powstrzymała się od uśmiechu.
-Miło usłyszeć komplement od konkurenta – stwierdziła oczyszczając różdżką swoje wypracowanie dla starej Sprout. – Ale ostatnio to wy z nami wygraliście.
-Ach – westchnął. – Nie było łatwo, uwierz. Postawiłem na znicza. Wzmocniłem obronę, osłabiłem atak i moim celem było jak najszybciej złapać znicza. Jesteście niebezpieczni.
Co ona robi? Czemu z nim gada?! I czemu on musi być tak miły?!
-Ale wy macie ciebie. James Potter z rodziny najlepszych szukających – powiedziała z nutką ironii w głosie.
-Ten wasz... Luc, prawda? Też jest całkiem dobry.
-Widocznie niewystarczająco.
-Trudno by wam było znaleźć kogoś lepszego ode mnie. – Wyszczerzył zęby i dłonią przeczesał stale rozczochrane włosy.
-Ta... Zdaję sobie z tego sprawę.
Zdążyli napełnić wspólnie całą torbę i Dan zarzuciła ją sobie na ramię.
-Więc – zaczęła. – Dzięki za pomoc, mimo wszystko. – Powstrzymała się od powiedzenia: „Chociaż w ogóle jej nie potrzebowałam”.
I ruszyła ku drzwiom prowadzącym na błonia.
-Danielle! – Usłyszała za sobą. – Zastanawiam się... Nie wybrałabyś się ze mną do Hogsmeade w następną sobotę?
Ślizgonka się odwróciła. Zmierzyła całą jego sylwetkę wzrokiem. Zawahała się a potem odpowiedziała.
-Nie wydaje mi się, żeby to był dobry pomysł – stwierdziła. – Ale dzięki za zaproszenie. Mimo wszystko. – I uśmiechnęła się dosyć paskudnie.

Rozdział 7 – „Zbyt przystojny”

W gruncie rzeczy, schlebiało jej to. To znaczy to, że słynny James Potter chciał się z nią umówić. Nie rozumiała go, jak mógł w ogóle ją o to zapytać? Jak mógł to zaproponować jej, Ślizgonce? Naiwny Gryfon... W sumie, gdyby nie domy, to kto wie, może by się zgodziła... Ale nie. Jest jak jest. Nic się nie zmieni, a ona może się dowartościować tą propozycją. Była pewna, że gdyby dziewczyny z dormitorium się dowiedziały, sapałyby z zazdrości. Uśmiechnęła się wywyższająco, gdy wyobraziła sobie takową scenę.
Lekcje minęły całkiem szybko. Być może dlatego, że przez całe godziny zajmowała się bazgraniem po książkach, pisaniem liścików i czytaniem książki pod ławką. Gdy skończyły się ostatnie w tym dniu zajęcia – astronomia, ta ziewając zasiadła do kolacji. Napchała sobie na talerz, co się nawinęło na rękę i zatopiła się w dyskusji z Andy’m na temat porad zawodowych.
-Myślałem o bankowości – przyznał jej brat pochłaniając ciepłą kiełbaskę. – Wiesz, łamanie klątw, podróże... To może być fajne, nie?
-Ta... – przytaknęła mu siostra w duchu przyrzekając sobie, że w najbliższym czasie weźmie się porządnie za naukę.
-Scor, a ty?
-Jakieś wysokie stanowisko w Ministerstwie – odparł bez namysłu blondyn.
-Ambitne – zaśmiał się Luc.
-Ja, powiem wam szczerze, już wiem co będę robił – powiadomił ich Dick.
-Tak? – Spytał Scor. – Aż zżera mnie ciekawość, co takiego wymyśliłeś... Może otworzysz mugolski zakład fryzjerski?
-Coś takiego, to tylko ty, Malfoy – stwierdziła Dan beznamiętnie wkładając sobie do ust kawałek bułki.
-Nie – zaprzeczył Dick, uprzedzając Scorpiusa, który miał zamiar się jej odgryźć. – Nie. Patrzcie! Oto moje przeznaczenie!
Szczerząc zęby, położył na stole ulotkę w kolorze zielonym. Nagłówek głosił: „Masz w sobie to coś, co jest potrzebne do szkolenia trolli na ochroniarzy?”.
Cała piątka wybuchła gromkim śmiechem, na co wiele głów zwróciło się w ich stronę z zaciekawieniem.
-A ty, Paul. Masz to już za sobą – zauważył Luc, odwracając się do Robertsa. – Więc kim będziesz? – Spytał.
-Proste – stwierdził Paul. – Quidditch, ot co. Będę grał zawodowo. Przynajmniej liczy się talent, a nie wiedza...
-To dlatego ty się prawie nie uczysz. – Dick zrobił obruszoną minę. Idziesz na łatwiznę – stwierdził, śmiejąc się. – Kto wie, może wezmę z ciebie przykład...
-Oby. – wyraził swoje zdanie Andy. – Jeszcze chwila, a od nadmiaru nauki mózg ci wyparuje przez dziurki od nosa.
-Ha ha. Bardzo śmieszne. Nawet nie wiesz, że mózg tak naprawdę paruje przez uszy. Tylko i wyłącznie– skwitował to bliźniak. – A ty, Scor, o czym tak myślisz? Aż się uśmiechasz! Łał! Wspominasz którąś z upojnych nocy, czy też może takową planujesz? Bo wiesz, zauważyłem, że Geo zaraz wybuchnie, jeśli przynajmniej nie zerkniesz na nią na sekundę...
-Ha, myślisz, że nie zauważyłem? Trochę to już wkurzające. Ale nie, myślałem, że następny rok będzie naszym najlepszym w Hogwarcie – odpowiedział obracając się w prawo i przyłapując wcześniej wymienioną dziewczynę na gapieniu się na niego wielkimi maślanymi ślepiami, czym wywołał jej cichy chichot.
Danielle przewróciła oczami po czym dalej przysłuchiwała się rozmowie.
-Tak sądzisz? W sumie w szóstej klasie naprawdę może być najfajniej. Nie ma egzaminów, mniej przedmiotów bo tylko te, z których zdałeś sumy na odpowiednim poziomie... – zgodził się Luc, wpychając sobie tosta w całości do buzi.
-Nie o to mi do końca chodziło...
-A więc, o co? – Zapytał Andy.
-Rzecz w tym, że w następnym roku zdobędziemy puchar Quidditcha – odpowiedział blondyn.
-Ha! Racja! Nie będzie już Pottera! – Zauważył Will, który dopiero co przyszedł na kolacje i wepchnął się na ławkę pomiędzy Paula a Dicka.
-A my z Willem – stwierdził Paul – będziemy na ostatnim roku.
-Będziemy niezwyciężeni! – Ucieszył się Dick.
Tak. Drużyna, znana ze swojego zgrania, współdziała ze sobą nie tylko na boisku. W życiu była to zgodna paczka najlepszych przyjaciół, chociaż kłótnie także często się zdarzały (przeważnie z głównym udziałem Dan i Scora).
Rozmowa zeszła na tory Quidditcha i taktyki, jaką obmyślali wspólnie na następny rok. Danielle lekko już tym znużona nalała sobie do szklanki soku dyniowego, po czym zaczęła powoli sączyć napój.
Nagle poczuła czyjąś rękę na swoim przedramieniu. Była to Laura.
-Ktoś bardzo ciekawy przygląda ci się od dobrych dziesięciu minut – wyszeptała i dyskretnie wskazała na koniec stołu Gryffindoru.
Danielle popatrzyła w tamtym kierunku i ujrzała nikogo innego, jak Jamesa Pottera. Nie kryjąc tego, że zauważyła jego spojrzenie, popatrzyła mu prosto w brązowe ślepia. Myślała, że odwróci wzrok, nieco zakłopotany, ale on tylko odparł atak wciąż bezczelnie się gapiąc. Kąciki jego ust powędrowały do góry i uformowały miły, sympatyczny uśmiech. Danielle prychnęła, a potem odwróciła się z powrotem do Laury.
Właśnie otwierała usta, żeby coś powiedzieć, ale Laura ją uprzedziła.
-Podobasz mu się. Jemu! – ucieszyła się wyraźnie. – Kiedy tylko dziewczyny się o tym dowiedzą...
-Daj spokój, Lau. To Gryfon.
-Przystojny Gryfon.
Dobra, był przystojny, ale co z tego?

Następnego ranka Danielle obudziła się z zamiarem wytrwania w swoim postanowieniu, dotyczącym nauki. Musi się ostro wziąć do pracy, jeśli chce coś osiągnąć. Miała czas do piątku, żeby przemyśleć, co by chciała robić, bo właśnie w ten dzień miała stawić się u McKinny’ego na rozmowie o jej przyszłym zawodzie.
Po lekkim śniadaniu udała się na lekcje obrony przed czarną magią. Była pod klasą wcześniej, więc usiadła na posadzce, opierając się o ścianę i wyjęła z torby podręcznik.
Bliźniacy najwyraźniej też postanowili przyjść wcześniej.
-Danielle? Nie wierzę własnym oczom! – Ostentacyjnie zawył Luc.
-Dan, może ty chora jesteś? Zawsze się spóźniasz na pierwszą lekcję. Zawsze, jakbyś zapomniała... – Ciągnął Dick podchodząc bliżej i wytrzeszczając oczy, jakby im nie wierzył.
-Dick – odezwał się Luc – ona faktycznie tak niewyraźnie wygląda...
-Może ma gorączkę? – Rzucił Dick przykładając dłoń do czoła Danielle, za co dostał kuksańca w bok.
-Postanowiłam wziąć się do nauki, żeby zdać tych kilka sumów – wytłumaczyła im Dan.
-O matko... Co ta nauka robi z człowiekiem... – westchnął Dick.
-Tobie też udzieliła się gorączka egzaminów? – Zdziwił się Luc. – A myślałem, że ty jesteś na to odporna...
-Dobra, dobra! Przestańcie się zgrywać!
Uczniowie zaczęli się mnożyć pod klasą, aż uzbierał się niezły tłumek. Pięć minut później drzwi klasy się otworzyły, a uczniowie Slytherinu i Hufflepuffu wpadli do klasy, zajmując ławki, wyciągając różdżki i podręczniki.
Profesor Longbottom machnął różdżką, a na tablicy pojawił się temat lekcji, „Zaklęcia niewybaczalne”. Danielle stwierdziła, że ułatwi jej to trwanie w swoim postanowieniu, ponieważ lekcja zapowiadała się ciekawie.
-Zatem – zaczął nauczyciel opierając dłonie na biurku i wzrokiem mierząc całą klasę – czy ktoś jest w stanie wytłumaczyć pojęcie „zaklęć niewybaczalnych”?
Kilka rąk wystrzeliło do góry. Profesor wybrał jakąś Puchonkę.
-Są to zaklęcia uznane przez Ministerstwo za zakazane – odpowiedziała.
-Zgadza się. Pięć punktów dla Hufflepuffu. Używanie tych zaklęć jest całkowicie zakazane. W roku 1646 ówczesny Minister Magii wydał dokument o tym traktujący. Od tego czasu za rzucenie któregoś z tych uroków jest się zamykanym w Azkabanie. – Mówił Longbottom przechadzając się między rzędami ławek. – Trzy zaklęcia określono nazwą umowną – Zaklęciami Niewybaczalnymi. Kto może wymienić któreś z nich?
-Imperius – powiedział Scorpius.
-Zgadza się, panie Malfoy. Otrzymuje pan pięć punktów, ale następnym razem proszę podnosić rękę. Zaklęcie Imperius działa...
Danielle znała te uroki. Czytała mimochodem o nich w książce, którą dostała na gwiazdkę pt. ”Mroczne dzieje Sam-Wiesz-Kogo”.
Podniosła rękę.
-Tak, panno Zabini? Jakie zna pani kolejne Zaklęcie Niewybaczalne?
-Avada Kedavra – odparła.
Nauczyciel westchnął.
-Tak. Zaklęcie uśmiercające. Najniebezpieczniejsze. Tak, Dearsworth?
-Panie profesorze, na niektórych to zaklęcie nie działa.
-Nie ma takiej możliwości.
-A Harry Potter? On przeżył.
-To już inna dziedzina magii, Dearsworth. O tym później. Ostatnie zaklęcie, to Cruciatus. Wyjątkowo obrzydliwe.
Profesor Longbottom był całkiem sympatycznym nauczycielem. Powszechnie, całkiem lubiany możliwe, że z powodu sposobu w jaki podchodził do swojego przedmiotu. Lubił nauczanie, umiał zaciekawić. Na lekcjach zawsze w jego oczach igrał błysk. Chociaż Dan często próbowała rozpracować, co on oznacza nigdy nie doszła do zadowalających ją wniosków. Przez tą jedną chwilę, kiedy opowiadał o zaklęciu Cruciatus Danielle nie mogła oprzeć się wrażeniu, że na chwilę jego oczy straciły ten blask. Wydały się puste, pogrążone w smutku i bólu...
-Zaklęcie tortur. Może doprowadzić do kompletnego szaleństwa, nawet śmierci...
Przerwał mu dzwonek.
-Na piątek dwie stopy pergaminu o Zaklęciach Niewybaczalnych!
Danielle jęknęła w duchu, ale naprawdę miała zamiar odrobić to zadanie domowe. Wyjątkowo.

Pod koniec dnia była z siebie zadowolona. Całkiem zadowolona. Na wszystkich zajęciach była uważna jak nigdy. Nawet na pierwszej lekcji w tym zamku nie przysłuchiwała się słowom nauczyciela tak zawzięcie. Kiedy na transmutacji ćwiczyli zaklęcie znikania na kręgowcach, nadgoniła materiał łatwiejszy – czyli znikanie ślimaka i udało jej się sprawić, że po białej myszy został wyłącznie koniuszek ogona i dwa wąsy. Na eliksirach nigdy nie miała szczególnych kłopotów, a gdy przyłożyła się naprawdę do swojego wywaru, otrzymała bezbłędną kopię mikstury tej narysowanej na obrazku w podręczniku. Śmiała nawet twierdzić, że przy odrobinie dobrego humoru, który przy odrobinie szczęścia będzie dopisywał McKinny’emu, zasłuży na pełny Wybitny. Przez Historię Magii przebrnęła z niemałym trudem. Gdzieś w środku wykładu zaczęła przysypiać, jednak uszczypnąwszy się mocno do końca słuchała monotonnych słów Binnsa. Inna już sprawa, ile wiadomości do niej dotarło podczas tej męczarni. Nie można wymagać od ucznia, żeby słuchał słów tego ducha, jednocześnie rozumiejąc ich sens i co chwila nie tracąc wątku. To potrafią tylko takie dziwolągi jak Rose Weasley.
Po wszystkich lekcjach naskrobała całe wypracowanie dla Longbottoma, opierając się na podręczniku i dwóch księgach, znalezionych w bibliotece. Praca wciągnęła ją na tyle, że zapisała aż dwie i pół stopy pergaminu. O pół więcej niż profesor oczekiwał. Poćwiczyła też zaklęcie znikania, aż po myszy został jeden wąs i za nic nie chciał zniknąć. Mniej więcej pamiętając o czym paplał Binns przeczytała dwa rozdziały książki o tym traktujące. I opadła wykończona na fotel. Po tak męczącym dniu przydałaby się chwila wytchnienia, relaksu, odpoczynku. Od razu pomyślała o idealnych miejscu...
Wkrótce stanęła przed przejściem do łazienki prefektów. Użyła hasła z listy Scorpiusa, który zostawił ją głupio na wierzchu w dormitorium chłopaków.
Przystanęła w drzwiach, rozglądając się po pomieszczeniu i napawając się jego uspakajającą aurą. Odkręciła na chybił trafił trzy kurki, wpuszczając mydliny i wodę do przestronnego basenu. Zaczęła się rozbierać, kiedy natrafiła na Blackiego w kieszeni. Kompletnie o nim zapomniała i stawiając zwierzaka ostrożnie na podłodze, pozwalając mu zbadać dokładniej nowe otoczenie, zanurzyła się w kojącej kąpieli. Oparła głowę na posadzce, i przymknęła oczy rozkoszując się sytuacją. Blackie pobawił się chwilę w jej włosach, czym wywołał jej cichy śmiech, po czym oddalił się rozglądając się z zaciekawieniem na boki.
Tylko wyczulony słuch pozwolił jej dosłyszeć nacisk na klamkę, a potem ciche skrzypnięcie. Zareagowała natychmiast wyskakując z wody i owijając się pośpiesznie ręcznikiem.
Albo ktoś wszedł tu przez przypadek, albo drzwi otworzył zaklęciem. Jeśli to drugie, to Danielle obiecała delikwentowi wytarzać jelita w błocie na hogwarckich błoniach.
Do pomieszczenia wkroczył chudy, kościsty szóstoklasista, paciorkowe oczka wlepił w Danielle, spoglądając zza okularów usadowionych na nosie. Przez moment w zupełnym milczeniu przypatrywał się Ślizgonce. Danielle była zbyt zdezorientowana, żeby cokolwiek powiedzieć. Ten chłopak chyba był z Hufflepuffu, jeżeli się nie myliła. Doszła do tego wniosku, lekko się czerwieniąc. W końcu stała przed nim, ledwo zasłonięta ręcznikiem. Naga.
Nagle ten wykrzyknął, że Dan aż podskoczyła i musiała się natrudzić, żeby przypadkiem ręcznik się nie odsunął, bądź osunął.
-Ha! Ty nie jesteś prefektem!
W jego głosie wyczuwała nutę triumfu.
Mimo woli zastanowiła się, co by zrobił, gdyby jednak była prefektem.
-Nie wolno ci tu być! – Wykrzyknął ponownie, cały rozpromieniony i radosny jak skowronek.
Dan zaczęła się poważnie zastanawiać, czy to nie jest przypadkiem jakiś psychopata. Ślinił się z podniecenia, więc stwierdziła, że jej przypuszczenie jest całkiem możliwe.
Gdyby miała przy sobie różdżkę, załatwiłaby wszystko od ręki. Ale takowej nie miała, a ten Psychopata, jak zdążyła go ochrzcić swoją celował prosto w nią.
-Skąd miałaś hasło?! Ty nie jesteś prefektem! A ja owszem! To jest poważne pogwałcenie regulaminu szkolnego! Dokładniej punktu sto dwudziestego siódmego!
Teraz Dan tylko upewniła się w swoim wyciągniętym wcześniej wniosku.
-A to, czego ty się dopuściłeś, to jest poważne pogwałcenie, naruszenie prywatności osobistej! – Wykrzyczała mu prosto w nos.
-Będziesz miała kłopoty! Jestem prefektem i...
-I co, każesz mi przepisywać zdania?
-Mam nad tobą przewagę! Znajdujesz się tutaj całkiem bezprawnie! A ja, jako prefekt... Bo jestem prefektem i...
-Co się tu dzieje?
Obok Psychopaty stanął inny chłopak, wyższy, przystojniejszy, bez okularów i bardziej muskularny. Nie miał na sobie koszulki, jedynie ręcznik przewieszony przez szyję. Najwyraźniej on też wpadł na pomysł gorącej kąpieli.
Danielle nie mogła uwierzyć własnym oczom. Cholera! Czemu właśnie on? Czemu Potter?!
Stali obok siebie. Totalne przeciwieństwa.
Danielle upewniła się, że ręcznik zakrywa, co miał zakrywać i popatrzyła z nienawiścią na Psychopatę.
-Ta dziewczyna nie jest prefektem! – wykrzyknął Psychopata. Nie dość, że wskazywał własną różdżką, to użył dodatkowo palca wskazującego drugiej ręki.
-Nie uczyła mamusia, że się nie wytyka palcem? – Wysyczała Dan.
-Darris! – Krzyknął Potter. – Co to ma znaczyć? Co ty wyprawiasz? Czemu ona jest naga?!
-Ona, dopuściła się pogwałcenia...
-Cholera, ty idioto! Spadaj! Do swojego pokoju wspólnego!
Trochę się zezłościł, a Danielle poczuła ciepłą falę wdzięczności, która napłynęła wraz ze słowami Gryffona.
-Ale ona nie jest prefektem! Złamała dwudziesty siódmy punkt regulaminu szkol...
-Ona ma imię – wtrąciła Dan.
-Danielle nie złamała żadnego punktu regulaminu. Dostała ode mnie pisemne zezwolenie na skorzystanie z łazienki dla prefektów. Według regulaminu szkolnego jest to całkiem legalne!
Psychopata zmarszczył brwi, jakby coś mu się nie zgadzało. Chyba nie mógł sobie przypomnieć punktu regulaminu, który mówił o legalności takiego pozwolenia.
-Ale...
-Wszystkie swoje „ale” możesz wsadzić sobie głęboko, bo mnie nic nie obchodzą! – krzyknął Potter. – A teraz won, chyba że chcesz żeby posypały się punkty! Nie zapominaj, że ja jestem prefektem naczelnym, Darris!
Darris wyglądał, jakby ktoś go strzelił. Zaczął się powoli wycofywać ze zwieszoną głową kiedy nagle...
-Aaa!!! – Krzyknął. – To szczur!!! Aaa! Weźcie to obrzydlistwo!

Danielle pośpiesznie wracała najprostszą drogą do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Była zła. Ale mimo wszystko wdzięczna Potterowi. A Darrisowi poprzysięgła zemstę. Wychodziła z założenia, że zemsta jest słodka. Jakiekolwiek by niosła następstwa, jest tego warta.
Usłyszała pisk i rozluźniła uścisk dłoni, w której trzymała Blackie’ego. Była też zła na siebie. Trzeba było zabezpieczyć drzwi! A tak to Wystąpiła w samym ręczniku przed coraz bardziej wkurzającym ją Potterem i Darrisem, który przegiął pod każdym względem.
Potter ją wkurzał, bo był zbyt miły. I zbyt przystojny. I trochę zbyt nachalny.
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział 4 i 5

wtorek, 20.stycznia.2009, 21:22
Postanowiłam dodać to, co napisałam, a zostawiłam schowane przez internetowym światem w ciasnym pliku na mojej białej pamięci USB. Ponadto, zgłaszam się do oceny. Do najlepszej ocenialni na jaką w życiu się natknęłam. Oceny fanfiction.
Cierpię na brak weny, ale mam nadzieje w najbliższym czasie ją odzyskać. Nie wiem czy będę kontynuować to opowiadanie. Ale coś tam pisać będę.
A miałam takie plany, jeśli chodzi o małą Danielle!
Czas pokaże.

Rozdział 4 – „... jak zmoczysz kota czarną kawą (niesłodzoną) to zamiast futra wyrosną mu kolce, a osoba, która połknie takich kolców dokładnie siedem, zniesie jajo smoka.”

Ten dzień miał się już ku końcowi. Wreszcie. Pani Zabini przez cały dzień gotowała oraz pomagała swojej przyjaciółce, Astorii Malfoy w przygotowaniach pomieszczeń na uroczystość święta Bożego Narodzenia. Obie żony starały się wszystkich zaprzęgnąć do pracy. Dracon i Blaise w końcu wymknęli się z butelką ognistej whisky do ogrodu, gdzie siedząc w altanie, raczyli się napojem.
Dzieci nie miały tyle szczęścia. Na początku, Danielle, Andy i Scorpius zostali zmuszeni do wypolerowania srebra, następnie wytrzepali dywany (nie obyło się bez pomocy różdżkami), a dopiero na końcu wydelegowali do jakiegoś z mniejszych salonów dworu Malfoy’ów, by zagrać w spokoju, w eksplodującego durnia, czy szachy czarodziejów.
Danielle nienawidziła tych żmudnych czynności, jakie były niezbędne do przygotowania uroczystości. W takich chwilach przeklinała Hermionę Weasley i jej firmę W.E.S.Z, której (w normalnych okolicznościach) była zwolenniczką. Dzięki pani Weasley, skrzaty zaczęły otrzymywać wynagrodzenia za swoją pracę, a tych, co były chętne do sprzątania było coraz mniej. Poza tym brak normalnego ubrania nie był już związany z ich zniewoleniem. Teraz skrzaty miały prawo do noszenia czego pragną. Niektórzy nie byli pewni, co do słuszności wprowadzonego prawa, biorąc pod uwagę, iż stworzenia miały osobliwy gust. Danielle zawsze śmieszył widok ubranego w pstrokate kolory skrzata. Zdarzało się też, że zmieniały one przeznaczenie niektórych części ubrań. Kto by nie parsknął śmiechem, gdyby zobaczył kogoś z rajstopami na głowie? Otóż to. Dwór, jak i willa w sąsiedztwie, posiadali po jednym skrzacie. Niestety. Dwa skrzaty nie mogły podołać wszystkiemu w jeden dzień, a biorąc pod uwagę święto, ich obowiązki obejmowały tylko normalne, proste porządki i przygotowania pokoi gościnnych.
Więc, gdy na granatowym niebie ukazał się księżyc, a zegary wybiły godzinę dwudziestą trzecią, Danielle znalazła się w swoim pokoju. Po szybkim prysznicu i już przebrana w piżamę udała się do pokoju brata, gdzie spędziła na rozmowie kolejne dwie godziny. W końcu wyczerpana zasnęła w fotelu przed rozpalonym kominkiem.

Rodzina się zjechała. Babcia Isa, matka Blaise’a, ucałowała wnuki, a następnie zajęła się wyłącznie swoimi trzema kociętami. Dan nie znosiła tych złośliwych futrzaków. Były naprawdę męczące, patrzyły na wszystkich krzywo i chętnie wdrapywały się po ludziach, by wejść na stół, czy blat, boleśnie wbijając swe grube pazury w czyjąś nogę, a następnie rozwalić, co się dało. Z natury nie przeszkadzały jej zwierzęta, ale te koty (potwory, nie koty!) były gorsze niż stara kotka Filcha, pani Norris. Ona tylko kablowała, nie dochodziło z jej strony do „łapoczynów”.
Isabelle Zabini za młodu słynęła ze swojej niesamowitej urody. Wychodziła za mąż przynajmniej osiem razy, ale Danielle nigdy się nie dowiedziała ile tak naprawdę miała małżonków. W każdym razie, wszyscy byli bogaci i umierali kilka dni po ślubie w tajemniczych okolicznościach.
Dziadkowie od strony matki, to była całkiem inna bajka. Dziadek na wszystko patrzył obojętnym okiem, do żadnych sporów swojej konfliktowej żony się nie mieszał. Był do jej charakteru przyzwyczajony i przez lata wspólnego życia znalazł jeden na nią sposób, mianowicie: uległość. Często widywało się go z nosem w gazecie, przytakującego swej małżonce, nie słuchając kompletnie jej słów. Babcia Freddie była typem kobiety, która uwielbia głośno narzekać na co się tylko da. Jej gderanie było często męczące, a swoje macierzyńskie uczucia okazywała zbyt wylewnie.
Isabelle, wysoko urodzona dystyngowana dama była tak inna od nerwowej, ale też pełnej ciepłych uczuć, babci Freddie, że ich kłótnie i sprzeczki były na porządku dziennym.
Danielle i Andy odetchnęli, gdy przyjechała już ciotka Parvati, z mężem, Dickiem i Luciem. Mieli wymówkę, by wyrwać się z salonu przepełnionego głosami tak różniących się od siebie kobiet i udać się do jednego z pokojów na górze, by zająć się kuzynami.
-Ha! Ha! – Zaśmiał się Luc. – Uwielbiam te kobiety!
Z głupawym uśmiechem na twarzy rozwalił się na kanapie w pokoju przeznaczonym jemu i bratu.
Dick zepchnął bliźniaka z połowy mebla, po czym opadł ciężko na siedzenie.
-Święta, dzięki nim, nigdy nie wydają się nudne – stwierdził, śmiejąc się.
Danielle, która usiadła obok na fotelu, nie mogła nie zauważyć, że mają identyczne, przyjemne zresztą, uśmiechy.
Andy zajął miejsce na dywanie.
-A gdzie Scor? – Spytał Luc.
-Jest niezbędny w domu, by powitać swoją ciotkę oraz babkę i dziadka – odparł Andy, a kąciki jego ust drgnęły.
-Warto wspomnieć o gromadce bachorków. – Dodała z wrednym uśmiechem Dan.
-Ta. Nie zazdroszczę. - Andy oparł się o fotel zajęty przez siostrę.
-Mówicie o tych dzieciach Daphne Greengrass? – upewnił się Dick.
-Teraz już Daphne Flint.
-To wreszcie wzięli ślub? I nie zostałem zaproszony?! – Oburzył się Luc, robiąc obrażoną minę.
-No widzisz. Zostałeś ominięty. W sumie się nie dziwię – powiedział Andy.
-Słucham? Ty też masz zamiar mnie ominąć, gdy będziesz się żenić? – Udał minę, jakby zaraz miał się rozpłakać.
Andy się zaśmiał.
-Jasne, że tak!

Danielle z zimną krwią znosiła komentarze swoich babć. Działo się tak co roku, jednak tym razem szczęście się do niej uśmiechnęło, bo babcia Freddie skomentowała to tylko słowami: „Taka piękna, a chłopczyca...”. Babcia Isabelle, natomiast ograniczyła się do wyrzutu skierowanego do swojej synowej, a następnie przestrzegła wnuczkę, iż żaden jej chłopak nie zechce. Biorąc pod uwagę, że Dan miała ich już co najmniej dziesięciu, nie wzięła sobie tego do serca, tylko słowa babki skwitowała uśmiechem na tyle miłym, na jaki tylko było ją stać.
Dopiero pod wieczór do ich domu na kolacje przyszli goście z dworu Malfoy’ów. Oczywiście przyszedł Dracon z żoną Astorią i synem Scorpiusem. Oprócz nich zaszczyciła Zabinich swoją obecnością sama owdowiała Narcyza Malfoy oraz pan Greengrass, ojciec Astorii i Daphne, która zresztą razem ze swoim mężem Marcusem i gromadką dzieci także przybyła na święta do Astorii. Dokładnie, dzieci posiadała piątkę. Najstarsza, Amelia była cichą i drobną dziesięciolatką, wrażliwą i bojaźliwą, zdominowaną przez młodsze, rozwydrzone rodzeństwo. Następna w kolei była Diana. Młodsza o trzy, lub dwa lata (Danielle już się w tym wszystkim gubiła) była wcielonym diabłem. Podpuszczała swoich dwóch młodszych braci, Grega i Victora do różnych głupstw, które tylko czasem zagrażały ich życiu, natomiast zawsze denerwowały innych ludzi (oprócz rodziców, którzy uważali Dianę za słodkiego aniołka, a synów zwykli nazywać „niesfornymi łobuzkami”). Jeden z chłopców miał sześć lat, zaś młodszy, Victor o rok mniej. Do tego wesołego (jak dla kogo) grona trzeba zaliczyć także całkiem nowy „nabytek”. Mały berbeć liczący sobie rok, może trochę więcej, a może trochę mniej, miał na imię Hanna. Dziewczynka, która dopiero co zaczęła niepewnie chodzić wydawała się Danie najnormalniejszą z nich istotą. No, ale czas pokaże na co wyrośnie owe normalne (jak na razie) dziecko. Oddajmy jednak honor Amelii, nieszkodliwej, aczkolwiek zamkniętej w sobie dziewczynce.
Kiedy zjadłszy kolacje, której towarzyszyły wrzaski, piski oraz rozmowy prowadzone podniesionymi głosami z powodu hałasu, jakie robiły dzieci, całe towarzystwo przeniosło się do dużego salonu, by zasiąść w zimowy wieczór na miękkich kanapach, przed kominkiem, popijając gorącą kawę.
-Danielle, naprawdę uważam, że powinnaś ubierać się bardziej dziewczęco. – Zaczęła ten nieprzyjemny temat Narcyza. – Urodę odziedziczyłaś po babce – uśmiechnęła się i niezauważalnie skinęła głową Isabelle – ale musisz umieć wykorzystać swoje atuty. Podkreślać swoją urodę. Nie zaszkodziłoby ci, gdybyś ubrała jakąś sukienkę, czy spódnicę. Prawda Scorpiusie? – niespodziewanie zwróciła się do swego jedynego wnuka, który na dźwięk swojego imienia spojrzał na babkę, nie bardzo wiedząc co od niego chciała.
-Przepraszam, zamyśliłem się. – wytłumaczył nieuwagę.
Tak naprawdę, jednak wcale się nie zamyślił. Był tylko zbyt pochłonięty oglądaniem, jak w kącie Greg i Victor próbują umyć jednego z kocurów Isabelle kawą. Od Diany słyszeli, że jak zmoczysz kota czarną kawą (niesłodzoną) to zamiast futra wyrosną mu kolce, a osoba, która połknie takich kolców dokładnie siedem, zniesie jajo smoka.
Kiedy pani Malfoy powtórzyła mu pytanie, ten zmarszczył brwi, jakby się nad czymś zastanawiał, następnie spojrzał na Dan, która próbowała na różne sposoby ukryć znużenie, mieszające się z oburzeniem i dopiero wtedy odpowiedział.
-Hm... Czy ja wiem? Sukienki nie pasują do charakteru Danielle...
-Co ty wygadujesz? – Zdziwiła się Narcyza. – Zaręczam ci, że sukienki pasują do każdej damy.
Scor już chciał wypalić, że kto jak kto, ale Dan nie jest damą, jednak ugryzł się w język, widząc zrezygnowanie na twarzy dziewczyny.
Jasnowłosy nie musiał już odpowiadać, bo właśnie cały mokry i cuchnący kawą kot z donośnym miauczeniem wskoczył na kolana swojej właścicielki, brudząc jej szaty. Podniósł się krzyk, dziecko się rozbeczało, zapanował chaos. I rozmowa została urwana.

Rozdział 5 – „Ta... A sklątki śpiewają.”

Danielle obudziła się z wyjątkowo przyjemnego snu. Nie mogła sobie przypomnieć żadnych szczegółów, twarzy czy przedmiotów. W każdym razie wiedziała, że sen był wyjątkowo przyjemny. Zrozpaczona powrotem do świata rzeczywistego, zacisnęła oczy, chcąc kontynuować sen. Ale ten nie nadszedł. Zrezygnowana wstała i ujrzała stos prezentów w nogach swojego łóżka.
Czując ciepło, buchające od rozpalonego kominka w przeciwnym kącie pokoju, wyszła spod kołdry w szortach i w luźnym podkoszulku. Wzięła do ręki pierwszą z brzegu paczkę.
Wiedziała od kogo to. Załączony był liścik od dwóch starych przyjaciółek: Isabelle i Narcyzy. Podarowały jej suknię na bal i parę pantofelków na szpilkach.
Danielle zaśmiała się gorzko. Suknia była całkiem ładna, przyjemna i ku jej uldze nie przesadzona, w całkiem odważnym kolorze turkusowym. Odpowiednia na bal na zakończenie roku. Jednak poprzysięgła sobie, że nigdy nie ubierze tych zabójczych (dosłownie!) butów.
Od Dick’a i Luca dostała najnowszą nowość ze słynnego sklepu Weasley’ów, sztucznego kota. „Kotmandos”, działa jako szpieg, posiada wmontowany wzrok dalekiego zasięgu wersja 3 z noktowizorem, a także umiejętność podkładania bomb biologicznych (zapachowych), usypia metodą „podstępnego mruczenia” – Tak mniej więcej brzmiał tekst na ulotce dołączonej do opakowania. Znalazła także białą, wyjątkowo giętką różdżkę, która była podpisana jako „sterownik”
Danielle wybuchła śmiechem. Tak jak obiecał jej Dick, dostała kota. Kiedy się wystarczająco uspokoiła, odpakowała prezent od Andy’ego. W środku znalazła podręczny zestaw eliksirów. Mały kuferek mieścił w sobie ok. dziesięciu małych flakoników.
Od babci i dziadka od strony mamy dostała fałszoskop i jakąś książkę. Oprócz tego znalazła wśród prezentów sakiewkę, książkę pt: „Mroczne dzieje Sam-Wiesz-Kogo”, czarny, całkiem ładny naszyjnik i nowe gogle do Quidditcha. Jednak najbardziej dla niej nieoczekiwanym podarunkiem, był ten od Scorpiusa. Kupił jej bowiem flakonik perfum. Lekki cytrusowy zapach był przyjemny dla nosa, delikatny a za razem wyrazisty. Spodobał jej się. Ale to do niego niepodobne... Albo w tym roku naprawdę się postarał, albo po prostu ktoś za niego wybierał ten prezent.
Rozważania zostawiła na później i postanowiła wziąć prysznic.
Kiedy wchodziła do garderoby jej wzrok przykuła wisząca na wieszaku sukienka. Po chwili zastanowienia, jednak odwróciła się na pięcie i zamknęła drzwi.

Tego dnia, mimo wszystko Dan nie mogła spisać na straty. Chociaż została zmuszona do założenia sukienki, jakoś to przeżyła. Narcyza zmusiła Scorpiusa, żeby przyznał, że w tej kreacji Danielle wygląda niezwykle pięknie. Nawet nie przejęła się uśmiechem Scora, jakim ją obdarował, gdy poczuł woń jego perfum, którymi się spsikała przed wyjściem.
Wszystko było jakoś piękniejsze niż zazwyczaj. Pomijając fakt, że musiała pilnować dzieci. Te, nie dawały żyć. Biorąc pod uwagę, że Dan ma już 15 lat wszyscy się zgodzili, a Daphne wręcz nalegała, żeby zaopiekowała się dziećmi, jako jedyna wśród młodzieży dziewczyna.
Dziękowała Bogu, że zesłał jej na ziemię Amelię, która z własnej inicjatywy wzięła pod swoje skrzydła najmłodszą Hannę. Pozostała jej tylko trójka. Kochani kuzyni, braciszek a nawet Scor pomagali jej ile zdołali, bo podstępna Diana wciąż opowiadała jakieś bajki swoim braciom, którzy z kolei byli zachwyceni. Biegali po ogrodzie, udawali piratów, Indian i mugolskich facetów, tzw. strażaków. I to było najgorsze. W każdym razie (dzięki Bogu) skończyło się tylko na podpaleniu altany i pobliskich dwóch drzew.
Jednak Danielle utrzymała swój dobry humor. Wręcz wieczorem śmiała się do łez z wyczynów Victora i Grega. Do tego żarty Luca i Dicka, były niezastąpionym fragmentem każdych rodzinnych świąt.

-Amy! – Zawołała Dan do dziewczynki siedzącej na schodkach altany i czytającej książkę. – Amy! Widziałaś gdzieś Grega i Victora?! – Spytała.
Amelia uniosła nieprzytomny wzrok znad lektury i spojrzała na biegnącą w jej kierunku Danielle.
Po chwili namysłu pokręciła głową.
-Na pewno? – Chciała się upewnić.
Pokiwała głową.
Danielle zatrzymała się i rozejrzała uważnie, jakby miała nadzieje, że ujrzy biegnących w jej stronę dzieciaków.
-Straciliśmy ich z oczu! – Mówiła dalej. – Nie patrzyliśmy na nich dosłownie przez kilka minut! Co za potwory! Rozdzieliliśmy się. Oby tylko... Diana! – Krzyknęła widząc dziewczynkę, podążającą w stronę dworu.
-Cześć Danielle! – Pomachała jej ręką słodko się uśmiechając. – Co słychać?
-Nie mydlij mi tu oczu. Jakie brednie naopowiadałaś znowu Victorowi i Gregowi?
-Brednie? – Zdziwiła się dziewczynka. – Ja nigdy nie opowiadam bredni – oznajmiła.
-Ta... A sklątki śpiewają. – Zadrwiła Dan. – Poważnie, mów, bo komuś może się stać krzywda.
-Moi kochani bracia poszli łowić ryby. Nie widzę powodu, żeby miało się coś komuś stać.
-A jak się potopią?!
-To będę miała pokój na prawie własny użytek. – Ucieszyła się.
-Posłuchaj ty wiedź...
Przerwał jej huk. Nie, raczej nie huk... To był odgłos, jakby ktoś potraktował coś zaklęciem bombardy. Zobaczyła kłęby dymu i jakby buchającego ognia. Nie zastanawiając się długo, puściła się biegiem w tamtą stronę. Wiedziała, że Amy pobiegła za nią. Omijając drzewa, wyskoczyła na wydeptaną ścieżkę, jak to zwykła była robić, niestety nie zauważyła człowieka, biegnącego po dróżce i zderzyli się oboje wylądowawszy na ziemi. Poczuła ból, gdy wylądowała plecami na dużej szyszce.
-Scor?
-Dan? – Spytali naraz.
Nie miała czasu na kłótnie.
-Widziałeś to?
-Jak bym mógł przeoczyć!
-Wiesz co to było?
-A skąd? Lepiej chodź!
Pobiegli razem. Wiedzieli dokąd prowadzi droga. Nad jezioro.
Spomiędzy drzew wyszli na brzeg, gdzie zaczynał się długi pomost. W jego połowie stali osłupiali małolaci. Jeden z nich trzymał coś w ręku. Wyrzucił to coś do wody, zanim Danielle, Scor czy Andy i bliźniacy, którzy właśnie pojawili się nad jeziorem, zdążyli go powstrzymać.
Usłyszeli stłumiony odgłos. Woda się wzburzyła i utworzyła coś na rodzaj fontanny.
Z ust Victora i Grega wydobyły się „ochy”. Z ust Danielle przekleństwa. Scor i Andy milczeli w osłupieniu, a bliźniacy zachwycali się „tym czymś”.
Dan, krzycząc na małych, widziała jak oszołomione ryby wypływają na powierzchnię.
Scor i Andy zaklęciem „aquamenti” ugasili palące się liście drzew.

-Gadaj wszystko! – Rozkazała Dan patrząc w oczy uradowanej Diany, siedzącej na krześle.
Wokół niej zebrali się wszyscy z wyjątkiem dorosłych. Zajęli jeden z salonów, gdzie Vic i Greg mogli się osuszyć przy kominku.
-Ja tylko opowiedziałam im jak można łowić ryby.
-Co to w ogóle było? – Scor był widocznie ciekawy.
-Taki mój jeden kolega, którego tata jest mugolem opowiadał mi o tym. To nazywa się „granatem”. Jak taki owoc! Śmiesznie, prawda?
-Niekoniecznie – wycedził Andy.
-Frank, bo tak się nazywa, dał mi trzy takie, bo go poprosiłam. I wytłumaczył jak to się robi.
-Jak to się wytwarza, czy jak się łowi ryby? – Zapytał Luc marszcząc brwi.
-Jak się łowi ryby. Ja nie wiedziałam, że zrobią to też bez wody!
-A gdzie trzeci? – Spytał Dick. – Go też im dałaś?
-Oczywiście, że nie. Jeden zostawiłam dla siebie. – Uśmiechnęła się z triumfem.
-Więc my go rekwirujemy – powiedział Luc, lekko się uśmiechając.
-O, nie! – Zaprzeczyła Dan. – Nie ma mowy! Wiem co wam chodzi po głowie.
-O co ci chodzi? – Spytał z miną niewiniątka Dick.
-Ty już dobrze wiesz!
-Ależ nie, oświeć mnie! – Nie ukrywał już chytrego uśmiechu.
-Przepraszam, że przeszkadzam – włączyła się cicho Amy. – Ale Hanna zrobiła w pieluszki.
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
Małe opóżnienie, ale co tam xD. Krótko nudno, ale całkiem na temat xD. Przeczytajcie i skrytykujcie, a będę wdzięczna. Niestety prawdopodobnie nie zdążę wszystkich powiadomić, za co bardzo przepraszam. Komentujcie, komentujcie!:*
P.S. Powiadamiam tych, co dodali mnie do ulubionych!

***
W przeddzień wyjazdu uczniów wracających na święta do domu, miał miejsce Ślizgoński trening Quidditcha. Gdy na stadionie zebrała się cała drużyna, było już ciemno. Ponadto było strasznie zimno, bo minus siedem stopni.
-Scor, ty chyba głupi jesteś, skoro sądzisz, że my w takich warunkach będziemy grać! – Stwierdziła Dan.
-A co, boisz się ciemności, Zabini? – Zapytał złośliwie.
-Jak się z nią kłócisz, to mów po imieniu. Skąd mam wiedzieć, że to nie do mnie? – Odezwał się Andy.
-Faktycznie, to problem – odparł Dick.
-Dzięki – wyraził swoją wdzięczność za poparcie Andrew.
-Mówiłem o pogodzie.
-Aha.

Trening jednak się nie odbył. Pomogły przekonania Dan, że jak ktoś przypadkiem wleci w chmurę, to na długie godziny przymarznie do miotły. Scor musiał jednak przyznać jej rację, że to nie ma sensu. Z bólem, ale jednak.
Dziewczyna przez tydzień karmiła się głupią nadzieją, że Scorpius na święta zostanie w szkole. Naiwność – to słowo tutaj pasuje.
Jak zwykle, pakowanie zostawiła na ostatnią chwilę. Powrzucała co jej się nawinęło na ręce i wciskając ostatnie rzeczy dopięła torbę. Z nocnej szafki przy łóżku podniosła Blackie’go i posadziła go sobie na ramieniu. Następnie za pomocą różdżki wylewitowała bagaż do Pokoju Wspólnego. Miała właśnie zamiar ustawić kufer go pod ścianą, gdy inny kufer lecąc walnął w niego, odrzucając na fotel, który z kolei przewrócił się z głośnym hukiem.
Danielle dobrze wiedziała, do kogo należy owy bagaż. Spojrzała w stronę wejścia do dormitoriów chłopaków.
Scorpius właśnie wrzeszczał na jakiegoś trzecioroczniaka, który najwyraźniej popchnął go, w wyniku czego blondyn stracił kontrolę nad swoim bagażem.
-Patrz jak łazisz! Jestem prefektem...
-Wyjątkowo nieudanym! – Wpadła mu w słowo Dan. Stanęła naprzeciwko Scora i podparła dłonie na biodrach, robiąc tak dobrze mu znaną minę, pt: „To wszystko twoja wina!”, bądź, jeżeli ktoś woli, może także ją interpretować w sposób : „Jak ja cię nienawidzę!”.
-Nie wtrącaj się, Zabini!
-Nie wtrącać się? Właśnie rozwaliłeś mój bagaż. Poza tym zostaw go. – wskazała palcem sprawcę. – Chociaż ten jedyny raz mógłbyś, jak facet, przyjąć winę na siebie.
-Słucham?! – Oburzył się Scorpius, nie mogąc w nią uwierzyć.
-Ze słuchem też masz problemy?
-Ty jesteś psychiczna.

Danielle uchyliła powieki i na sam widok swojego przestronnego pokoju uśmiechnęła się do siebie, przeciągając się i jeszcze bardziej rozkopując pościel. Była u siebie. Podwójne drzwi, wychodzące na taras oraz tak samo wysokie okna, wpuszczały do środka świetliste promienie słoneczne. W rogu stał nieduży kamienny kominek, naprzeciwko sofa o granatowym kolorze i dwa, podobne fotele. Trochę dalej, pod ścianą ustawione było biurko z ciemnego drewna, mała biblioteczka, a w przeciwległym rogu, drzwi do skromnej garderoby, tuż obok drzwi, prowadzących do jej własnej łazienki.
Wstała i poprawiła koszulkę nocną, która w trakcie snu podwinęła się do góry. Po raz enty się leniwie przeciągnęła, po czym chwyciwszy ręcznik, zniknęła za drzwiami łazienki. Wzięła szybki prysznic, narzuciła na siebie szlafrok, a włosy, z których obficie kapała woda, rozpuściła luźno na ramiona.
Kiedy wróciła do pokoju, wyjrzała przez okno, na pokryte grubą warstwą śniegu korony drzew. Jednak chwilę później jej wzrok padł na okna dworu, znajdującego się w sąsiedztwie. Ujrzała tak sobie dobrze znaną blond czuprynę i natychmiast odwróciła wzrok.
Wczoraj Danielle, Andrew i Scorpius wrócili pociągiem do domu, na święta. Podróż Ślizgonka wspominała całkiem znośnie, biorąc pod uwagę, że prawie w ogóle Scor się do niej nie odzywał. To był plus. Jednak wizja całego tygodnia w jego towarzystwie była nawet zbyt oczywistym i podwójnym minusem.
Ale. Mamy święta! Cóż za cel posiada w myśleniu o tym, jak bardzo nie znosi tego chłopaka? Lepiej nie psuć sobie humoru. Z takim właśnie postanowieniem, opuściła swój pokój, pokonując korytarz, a następnie schody. Wkroczyła do kuchni, w której spotkała matkę. Tak dobrze znane nam pytanie i zapewne powtarzane bez końca: „Jak tam w szkole?”, nie ominęło także i naszej bohaterki. Mama pytała ją, o według Dan, całkiem nieistotne rzeczy, jak oceny, przygotowania do SUM’ów itp. Warto przypomnieć, iż w tej chwili bliźniaki byli na piątym roku w Hogwarcie, co oznaczało na koniec roku egzaminy Standardowych Umiejętności Magicznych.
Danielle nie przejmowała się tym, chociaż wiedziała, że powinna. Zauważyła, że Andy robi notatki ze wszystkich przedmiotów. Jej brat był o wiele bardziej sumienny i zorganizowany, ale jednocześnie, równie rozrywkowy jak ona. Co dziwne, nawet Scor zaczął się uczyć, choć zazwyczaj utrzymywał, że jego zdolności oszczędzają mu tak nudnych zajęć, jak wkuwanie czegoś bezsensu na pamięć.
Mama Danielle zaczęła rozwodzić się nad tym, jak istotne są SUMy.
-Są ważne przy rozpatrywaniu wniosków o pracę. Jeśli nie zdasz SUMa z danego przedmiotu, nie możesz zdawać OWTmów...
Danielle to, rzecz chyba jasna, wszystko wiedziała. Ale nie miała serca, by przerywać matce, skoro sprawia jej to przyjemność.
Jej myśli powędrowały w całkiem innym kierunku. Wspominała ich pierwszy w tym roku mecz Quidditcha z Gryffonami. Przegrali. W końcu, kto może się mierzyć z tym James’em Potterem? Ślizgoni mają drużynę z samych świetnych graczy, ale Gryffoni tego jednego, kapitalnego. Zresztą bardzo jest przystojny... Wysportowany, dowcipny i interesujący... W tym roku, Ślizgoni nie mają szans już na zdobycie pucharu. Ale za rok... Tak... To będzie coś, bo Potter kończy Hogwart. Ich tak zgrana drużyna będzie niepokonana.
-Danielle! Słuchasz mnie?! – Mama wyrwała ją z rozmyślań.
-Co? Ach, tak... Tak. Jasne. Co mówiłaś?
-Mówiłam właśnie, że ciotka Parvati z wujkiem Rogerem, Dick’iem i Luc’iem będą tu już jutro. Wydaje mi się, że najlepiej będzie gdy dorosłych ulokujemy w pokoju gościnnym na parterze, a bliźniaków w tym na górze, tuż obok twojego. Parvati będzie tak wygodniej, biorąc pod uwagę ciąże...
-Tak. Masz rację, mamo. Tak będzie najlepiej.
-Ale zostaje jeszcze ta cała Lavender. Parvati pytała czy może ją zaprosić na święta. To stara panna. Była, tak jak ciotka, Gryffonką. Nigdy za nią nie przepadałam, ale jak mogłam odmówić? No więc myślę, że może zająć pokój na poddaszu, od zachodu lub mniejszy, tuż obok północnego salonu... Ewentualnie, bliźniaków możemy przenieść na poddasze, a ona zajmie ten pokój obok twojego... Hm... Sama nie wiem. Jak myślisz, Danielle?
-Myślę, że jest to obojętne.
-Ale jakbyś miała wybierać...
-Daj jej pokój na poddaszu. Jasny, duży, przytulny z ładnym widokiem.
-Chyba masz rację...
-Cześć mamo, cześć Danielle – przywitał się Andy, wchodząc do kuchni i siadając obok siostry.
Padma kontynuowała dalej nie zwracając większej uwagi na wejście syna, zbyt pochłonięta ustalaniem, jedynie uśmiechnęła się do niego.
-Wasza babcia Isa dostanie ten pokój co zwykle. Na parterze, jak prosiła, tuż obok głównego salonu. Natomiast moi rodzice albo zamieszkają obok mojej i ojca sypialni lub naprzeciwko pokoju babci...
-Ta druga opcja jest o wiele bardziej pociągająca. – Stwierdził ciemnowłosy mężczyzna, który właśnie wkroczył do pomieszczenia. – Cześć dzieciaki.
-Ale kochanie, nie uważasz, że dla Isabelle ich bliskość będzie raczej... kłopotliwa? – Spytała niezdecydowanie Padma własnego męża.
-Ich, tak stała, bliskość będzie dla MNIE wielce kłopotliwa.
-Jednak – przerwała Danielle. – Istnieje bardzo prawdopodobne ryzyko, że nasze babcie się nawzajem pozagryzają, tato. Dobrze by było, gdybyś wziął to pod uwagę. Wtedy ich obecność będzie dla wszystkich „kłopotliwa”.
-Racja – odparł Andy. – Ostatnio pokłóciły się o to, że obydwie zrobiły ten sam placek...
-To bardzo mało prawdopodobne, żeby moja matka upiekła jakiś placek. – Stwierdził Blaise. – Podejrzewam raczej o to, jej skrzatkę. Sądzę jednak, że ta kłótnia wynikła z braku poważniejszych powodów ku temu. Zawsze coś musi być.
Danielle mimo woli roześmiała się i wsadziła sobie do buzi kawałek tosta, który jej przed chwilą mama położyła na talerzu.
-A tobie, Danielle, kupiłam taką ładną sukienkę na święta. Zawiesiłam ją w twojej garderobie – powiedziała nagle Padma, jakby sobie w tej chwili o tym przypomniała.
Dan zakrztusiła się łykiem soku dyniowego, który w części wydostał się jej przez nos. Łzy napłynęły jej do oczu, ale gdy już porządnie odkaszlnęła i wytarła się serwetką, spojrzała na swoją matkę z niedowierzaniem.
-Sukienkę? – Spytała cicho, oswajając się z tym słowem. – Sukienkę?! – Powtórzyła głośniej. – Mamo! Ja nie noszę czegoś takiego jak sukienki! Tylko raz w roku! I nigdy więcej. Bo, nie wypadałoby mi przyjść na bal w smokingu.
-Przeżyjesz ten jeden raz.
-Nie ma mowy!
-Wiesz, że babcie zawsze narzekają na twoje ubrania. Mają wręcz pretensje do mnie. To tylko jeden dzień. Nic ci się nie stanie, a przynajmniej nie będziesz musiała znosić ich gadaniny.
- Nie.

-Tak – zgodziła się Astoria. – To dobry pomysł, Padmo.
Pani Zabini uśmiechnęła się.
-Wygląda na to, że wszystko ustalone. Cieszę się, że cała uroczystość będzie u was na dworze. Jednak u nas jest trochę za mało miejsca... Dzieci twojej siostry, Daphne, to dopiero kłopot. Okazałoby się, że nie mieszkamy w willi, lecz w małym domku.
Astoria roześmiała się perliście.
-O, tak... Odważę się na złośliwość i powtórzę słowa Dracona: Oni się mnożą jak Weasley’owie.
Teraz już obie kobiety zaczęły się śmiać.
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Rozdział 2 - *"Nic nie mów!"*

wtorek, 1.lipica.2008, 19:16
Edit: Nowa szata graficzna wita was w naszych skromnych progach;). Podoba się? Bądźcie wyrozumiali, bo to mój pierwszy w życiu, zrobiony samodzielnie szablon. Uh... Musiałam wam się pochwalić, bo pochłonął mi połowę dnia xDD. Nowa notka w pierwszy piątek po rozpoczęciu nowego roku szkolnego. Zapraszam, Pozdrawiam, życzę weny i... Spadam,
Wasza,
.::London::.





Po długiej przerwie, nareszcie wklejam nową notkę xD. Przepraszam za tak wielkie opóźnienie, ale mam nadzieje, że zrozumiecie xDD. Wakacje się zaczęły, więc mam nadzieje, że za jakiś tydzień dodam kolejną część opowiadania;). Wiem, że się cieszycie x) xD.
Zapraszam do czytania, oraz komentowania xD.
P.S. Obiecuję, że wkrótce nadrobię wszystkie zaległości u was na blogach!;).
***
Dopiero wieczorem, po kolacji Danielle wróciła do dormitorium. Współlokatorek jeszcze nie było. Usiadła na łóżku, spod którego zaraz wyszedł czarny szczur.
-Blackie! – Ucieszyła się dziewczyna biorąc zwierzaka na ręce.
Szczurek najpierw porządnie obwąchał jej palec wskazujący, po czym wgramolił się do rękawa swojej właścicielki.
*
Kiedy Danielle o drugiej wkroczyła do sowiarni, profesor McKinny i Malfoy już tam byli.
-Spóźniłaś się – stwierdził nauczyciel.
-Przepraszam.
Na chwilę zapadła cisza, podczas której być może opiekun spodziewał się jakiś wyjaśnień.
-Różdżki.
Oboje oddali mu to, o co prosił.
-Jak skończycie, oczekuję was w moim gabinecie.
-Tak jest – zgodził się Scorpius, a Dan zachowała milczenie.
Kiedy nauczyciel wyszedł, w pomieszczeniu na nowo zapanowała ogłuszająca cisza. Atmosfera była na tyle gęsta, że dałoby się ją kroić nożem, gdyby takowy znalazł się pod ręką. Jednak biorąc pod uwagę ich położenie, posiadali jedynie gąbkę, szpachelkę, ścierki i miotłę.
Sowiarnia była w opłakanym stanie. Wszędzie odchody, szczątki martwych myszy, szczurów...
-Wolisz szpachelkę, czy gąbkę? – Spytała podchodząc do wiadra, stojącego w kącie.
-Sama wybierz.
-Biorę szpachelkę – stwierdziła.
Pracowali w ciszy już od godziny. Śmiertelnie się nudzili. Milczenie przeszkadzało im obojgu. A napięta atmosfera nie poprawiała im nastrojów.
-Pośpieszyłbyś się, nie mam zamiaru spędzić tu całego dnia. – Popędziła go przewracając oczami. Przez tą całą sytuację stała się lekko drażliwa, i chyba nie tylko ona.
-Sama jesteś sobie winna – odfuknął.
-Dobrze wiesz, że to była twoja wina!
-Wcale nie!
-Tak!
-Nie!
-Tak!
-Nie!
-Mam cię dość!
-Co za nowość...
*
Następnego dnia, podczas śniadania, duży puchacz wylądował pomiędzy Dan a Andrew i wyciągnął zgrabnie nóżkę z listem. Andy wziął pakunek, a ptak odleciał.
-Rodzice? – Spytała Danielle przeżuwając tosta.
-Tak – odparł Andy, spoglądając na kopertę.
Otworzył ją i wyjął list.
- Pozdrowienia dla wszystkich... Proszą, żebyś do czasu świąt nie dostała dziesiątki szlabanów... Piszą, że mamy zdecydować, czy wracamy na święta do domu...
-Zostajemy!
-Wracamy! – Krzyknęli na raz i popatrzyli się na siebie.
-Dlaczego?
-Dlaczego? – Znowu spytali chórem.
-Dość! – Przerwał Paul siedzący naprzeciwko. - Ten wasz chórek jest wkurzający.
-Rodzice czekają na nas, będą zawiedzeni, jeśli nie przyjedziemy – stwierdził Andrew.
-A od kiedy ty się nimi tak przejmujesz, co? – Spytała złośliwie Dan. – Ja na ich miejscu cieszyłabym się z świąt tylko we dwójkę – dodała usprawiedliwiająco.
-Ale ciotka Daphne przyjeżdża...
-O boże...
-Nawet jak odpiszemy, że zostajemy, to będą nalegać.
-Dobra, niech ci będzie – zrezygnowała Danielle, wstając od stołu i wychodząc z Wielkiej Sali.
Nie chodziło o to, że nie chce zobaczyć się z rodzicami. Wręcz stęskniła się za nimi. Ale skoro ciotka Daphne przyjeżdża... To, że te święta także będzie musiała spędzić w towarzystwie Malfoy’a, jest tak samo pewne, jak to, że dwa plus dwa daje cztery. A tego chciała uniknąć za wszelką cenę.
-Poczekaj na mnie, Danielle! – Usłyszała za sobą głos jej współlokatorki – Laury.
Odwróciła się do tyłu i ujrzała, jak Ślizgonka potykając się na równej powierzchni, chyba o własne nogi, upada i rozrzuca na wszystkie strony zawartość swojej torby.
Westchnęła i zawróciła, by pomóc koleżance.
Kiedy na podłodze nie pozostała już żadna własność Laury, ruszyły dalej korytarzem, w kierunku Pokoju Wspólnego.
-I jak tam wczorajszy szlaban? – Zagadnęła.
-Tak jak dziesiątki innych – stwierdziła Danielle.
-Może powinnaś zawrzeć z Malfoy’em pakt o nieagresji? – Zaproponowała śmiejąc się perliście.
-Nie mam zamiaru dochodzić z nim do jakiegokolwiek porozumienia – odparła lodowato.
Laura przestała się uśmiechać, gdyż zrozumiała po odpowiedzi koleżanki, że ten żart, jak dla niej był wyjątkowo nieudany.

Był poniedziałek. Wyjątkowo zimny, ale mimo tego przyjemny. Biały śnieg pokrywał całe błonia, dachy Hogwartu i korony drzew zakazanego lasu.
Pierwszą w tym dniu lekcją Danielle były zaklęcia. Na które zresztą się spóźniła jak zawsze.
-Przepraszam za spóźnienie – wysapała, zatrzymując się w drzwiach do klasy.
-Panno Zabini, proszę zająć miejsce – zaskrzeczał profesor Flitwick, stojąc jak zwykle na stosie ksiąg.
Staruszek nie wyglądał najlepiej. Danielle często się zastanawiała ile może mieć lat. Ostatnio często miewał napady kaszlu, od którego kilkakrotnie spadł z książek. Coraz trudniej było mu także dreptać na swoich krótkich nóżkach.
Jeszcze trochę, a biedaczek nam zejdzie - myślała, gdy ten sapiąc głośno przelatywał obok na korytarzu.
Dan rozejrzała się w poszukiwaniu wolnej ławki i stwierdziwszy, że jedyne miejsce znajduje się tuż obok Scorpiusa, z grymasem na twarzy usiadła. Ten odwrócił głowę w jej stronę i otwierał już usta, żeby coś powiedzieć, kiedy Danie bezczelnie mu przerwała.
-Nic nie mów! – Zastrzegła. – Nie chcę kolejnego szlabanu.

Po zaklęciach, dwóch godzinach spędzonych na pisaniu wypracowania dla Longbottoma i obiedzie, udała się na wróżbiarstwo. Towarzyszyli jej Dick i Luc, rozśmieszając ją do łez, żartując z nią i wygłupiając się. Kilka portretów zwróciło im uwagę, ale oni nic sobie z tego nie robili.
Kiedy weszli do dusznego pomieszczenia pełnego różnego rodzaju oparów i dymu, Danielle usiadła przy okrągłym stoliku wraz z Laurą i Georgianą.
-Dzisiaj zajmiemy się wróżeniem z kuli... – Zaczęła swoją gadkę Trelawney głosem, który jak jej się zdawało wzbudza trwogę, ale tak naprawdę śmiech.
-Jakby się naćpała – mawiali.
Po dziesięciu minutach, Danielle poczuła senność i ból głowy. Chwila, a mogłaby wybuchnąć. Z natury była mało cierpliwą osobą, kapryśną i drażliwą. A Trelawney nie tylko jej działała na nerwy. Podniosła, więc rękę.
-Tak, panno Zabini? Czyżby chciała się pani z nami podzielić swoimi spostrzeżeniami w kryształowej kuli?
-Nie – zaprzeczyła Ślizgonka. – Chciałam spytać, czy mogę otworzyć okno, bo od duchoty boli mnie głowa?
-Ależ moja droga, nie ma mowy. Świeże powietrze nie sprzyja wróżeniu. Atmosfera, ta aura jest niezbędna...
-Chodzi o to, że wróżenie z kryształowej kuli polega na tym, żebyś w końcu dostała zawrotów głowy i przewidzeń. Tylko w taki sposób „otworzysz swe środkowe oko” i cokolwiek uda ci się zobaczyć. – Wytłumaczył szeptem Dick, patrząc na dławiącego się ze śmiechu Luca.
Jednak dziesięć minut potem okna zostały uchylone, a tylko z powodu tego, że jedna z Puchonek straciła przytomność.

Przy kolacji siedzący naprzeciwko niej Scorpius znowu chciał coś powiedzieć, gdy Danielle ponownie go uprzedziła.
-Nic nie mów! Po prostu się do mnie nie odzywaj!
-Chciałem tylko cię powiadomić, że przed wyjazdem na święta organizuję jeszcze jeden trening Quidditcha – powiedział oburzonym tonem – Ma być cała drużyna. Jutro po kolacji.
-Aha – skwitowała to krótko, po czym odeszła.
Chłopak przewrócił oczami i powrócił do wcześniej prowadzonej rozmowy z Georgianą.
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:
I nareszcie znalazłam kilka minut, na wklejenie pierwszego rozdziału. Mam nadzieje, że przeczytacie i skomentujecie;).
Tych, którym ostatniej notki jeszcze nie skomentowałam, bardzo przepraszam i obiecuję, że zaległości w najbliższym czasie nadrobię!
Chcę wiedzieć, co o tym sądzicie xD
***
-Nie mógłbyś odpuścić? Przecież nic się nikomu nie stało! To nie moja wina... – Z ust chłopaka deptajcego po piętach prefekta naczelnego, wypływał potok słów.
-Nie – uciął stanowczo prefekt, prężnym krokiem podążając w swoim wyznaczonym kierunku. – Mam już tego dość.
Za nimi niechętnie wlokła się szczupła piątoklasistka o długich ciemnych włosach i głębokich, kasztanowych oczach. Była naburmuszona, a wściekłość nadal trawiła jej wnętrzności.
A kogo to niby jest wina? Hę? – pomyślała, ale nie odezwała się, w obawie, że dalsza sprzeczka z blonwłosym rozgniewa jeszcze bardziej (o ile to możliwe) prefekta, Davida.
-To się nie powtórzy... – Próbował dalej chłopak.
-Scorpius! Mówiłeś tak tydzień temu i poszedłem ci na rękę. Potem gadałeś tak samo dwa dni później i nawet wczoraj odpuściłem! Nie jestem aż tak cierpliwy! Wy macie jakieś poważne problemy ze sobą, bo ciągle się sprzeczacie i Bogu dzięki gdy nie dojdzie do rękoczynów!
-Ale...
-Przykro mi.
Przyspieszył kroku.
Scor został w tyle i teraz szedł tuż obok dziewczyny.
-To twoja wina – mruknął oskarżycielskim tonem.
-Moja?
-Dokładnie!
-Chyba coś ci się przyśniło!
-To ty na mnie naskoczyłaś!
-Ale ty mnie sprowokowałeś!
-Jasne!
-A może nie?
-Nie!
Dziewczyna głośno prychnęła i odwróciła głowę w przeciwną stronę, przekazując tym samym, że nie ma zamiaru się kłócić i zniżać do poziomu drugiego dyskutanta.
Dobrze wiedziała gdzie idą. Znała tą drogę na pamięć. Prowadziła ona z Pokoju Wspólnego Ślizgonów, aż do pokoju nauczycielskiego. Często tam trafiała. Ale prawie zawsze z powodu tego idioty, idącego tuż obok.
Czuliście kiedyś, że wściekłość, nienawiść i chęć mordu kotłuje się w was i szuka ujścia w jakikolwiek sposób? Jeszcze gdy dochodzi do tego bezradność, chce się krzyczeć, gryźć, bić... Wszystko naraz... Tak właśnie czułą się owa Ślizgonka kilka minut temu.
Ale jak zwykle, to wszystko przez tego idiotę – Scorpiusa Malfoy’a.
Prefekt zatrzymał się przed drewnianymi drzwiami, którego strzegły dwa gargulce.
Te nawet się nie poruszyły, prawdopodobnie dlatego, że towarzyszył im prefekt naczelny.
Nakazał im poczekać, a sam otworzywszy drzwi zajrzał do środka.
Dziewczyna nie zwracała najmniejszej uwagi na blondyna, a tuż obok wiszący obraz nagle bardzo ją zaciekawił. Wściekłość zdążyła ulecieć, a zastąpiło ją zrezygnowanie i wręcz znużenie.
-Panna Danielle Zabini i Pan Scorpius Malfoy – usłyszeli mrożący krew w żyłach głos profesora McKinny’ego, opiekuna domu Salazara Slytherina. – Czemu mnie to nie dziwi?
Najwyraźniej było to pytanie retoryczne, a Danielle musiała ugryźć się w język, żeby nie udzielić ironicznej odpowiedzi, która z pewnością pogorszyłaby ich sytuację.
-Wytłumaczcie się.
Zapadła cisza. Oboje milczeli. Nauczyciel miażdżył oczekującym spojrzeniem obydwoje uczniów.
-David? – Spytał, a raczej udzielił głosu prefektowi naczelnemu.
-Narobili wrzasku, mały pojedynek w pokoju wspólnym. Zakłócenie ciszy nocnej i zniszczenie kilku mebel.
-Cisza nocna zaczęła się dziesięć minut temu – zauważyła dotąd milcząca Dan.
McKinny zlekceważył ją.
-Malfoy, jeśli tak dalej pójdzie, odbiorę ci odznakę prefekta a posadę kapitana Ślizgońskiej drużyny też możesz stracić.
-Ja...
-Zdajecie sobie sprawę, że macie wspólne szlabany mniej więcej dwa, trzy razy w miesiącu?
-Owszem, ale to jego wina.
-Moja?
-Czemu w ogóle się do siebie odzywacie, skoro kończy się to wrzaskami i pojedynkami? – Spytał David, czując lekkie ukłucie winy.
-Ja staram się do niej nie odzywać.
-Jasne! Tylko zawsze to ty zaczynasz!
-Dość! – Profesor podniósł głos.
-Widzę, że nie potraficie ze sobą normalnie rozmawiać, ale nic tak nie godzi ludzi jak wspólne czyszczenie sowiarni. – Złośliwy uśmieszek jakby znikąd pojawił się na jego twarzy.
-Nie... – Jęknęła Danielle. – Sowiarnia była dwa tygodnie temu!
-I niecałe pięć tygodni temu też! – Dodał Scor.
-Bez dyskusji!
*
Bez słowa wracali ramię w ramię do Pokoju Wspólnego. Danielle jako pierwsza wparowała do długiego pomieszczenia, zastawionego ciemnozielonymi kanapami. Z sufitu na łańcuchach zwisały lampy, święcące na zielonkawo, a na końcu stał rozpalony kominek.
-Dan! – Usłyszała głos swojego bliźniaczego brata.
Nie zatrzymała się jednak i skierowała swe kroki do wąskiego korytarza po prawej stronie. Zaczepili ją jeszcze jej kuzyni – Dick i Luke, którzy także byli bliźniakami. Lecz zrozumiawszy, że nie jest w nastroju, zostawili ją w spokoju.
Rzuciła się na swoje łóżko i westchnęła. Po piętnastu minutach bezczynnego leżenia i wręcz bezczelnego lekceważenia swoich współlokatorek, zasnęła.
*
Leżała na łóżku wśród rozkopanej pościeli. Była rozczochrana a kotary tylko w części zasłaniały ten widok. Za oknami prószył biały śnieg. Oddychała równomiernie, a jasne blaski słońca oświetlały całe dormitorium. W nim znajdowały się ponadto trzy łóżka, na których smacznie spały jej współlokatorki.
Pierwsza obudziła się Laura, która wstała i zaraz z hukiem wylądowała na podłodze, przeklinając kołdrę, która w trakcie snu, zsunęła się z łóżka. Eddie jęknęła i usiadła, a Georgiana skoczyła na równe nogi, jakby się paliło. Natomiast Danielle przewróciła się na brzuch i nakryła głowę poduszką.
Można było się przyzwyczaić do pobudek Laury. Miała ona wyjątkowe problemy z koordynacją i była niezdarna. Zawsze coś rozwalała.
Georgiana szybko zajęła łazienkę, a Laura i Eddie przystąpiły do poszukiwań ubrań.
W pokoju panował chaos i pierwsza lepsza osoba, która by stanęło na progu stwierdziłaby, że pokój należy do chłopaków. Dopiero przy dłuższym oględzie, zmieniłaby zdanie.
-Danielle, wstawaj! – Krzyknęła Laura. – Za dziesięć minut śniadanie.
Brązowowłosa nawet się nie poruszyła.
Kiedy dziewczyny powiadomiły ją, że wychodzą, wreszcie wstała i w pięć minut zebrała się do kupy. Ubrała dżinsy, luźny podkoszulek a na to zarzuciła bluzę.
Samotnie opuściła dormitorium. Znalazła się w pokoju wspólnym Slytherinu. Kilka osób już powróciło z śniadania i teraz siedziało na kanapach przed dużym, kamiennym kominkiem.
-Cześć Dan! – Usłyszała za sobą. Odwróciła się i ujrzała dwóch, prawie identycznych chłopaków o czarnych włosach i niebieskich oczach. Obdarowała ich promiennym uśmiechem.
-Cześć Lucas, cześć Dickas.
-Dick – poprawił ją jeden z nich.
-Tak lepiej brzmi.
-Twój bliźniaczy brat jeszcze smacznie śpi – powiedział Dick.
-Tak samo jak Scorpius – dodał Luc.
-Tym razem nie urządziliście im głośnej pobudki? – Spytała, uśmiechnąwszy się na wspomnienie wrzasków, jakie narobili wymienieni wcześniej chłopacy.
-Nie – zaprzeczył Lucas.
-Ostatnio tak się wściekli, że Scor groził nam szlabanem, co nie jest do niego podobne.
-Taa... Odkąd dostał odznakę prefekta trochę się wywyższa...
-Więc na razie odpuściliśmy...
-Ale niech ta cisza cię nie zwiedzie...
-To cisza przed burzą. – dokończył scenicznym szeptem Dickas.
-Jak dla mnie, Scora możecie nawet zamordować.

-Dan, na gwiazdkę kupię ci kota – stwierdził Dick, nakładając sobie na talerz pokaźną ilość jajecznicy. – Będzie śmiesznie.
-Nie doceniasz Blackie’ego, Dick. Skażesz biednego kotka na tortury – odparła Danielle. – Poza tym, nie chcę więcej żadnych zwierząt.
-Twierdzisz, że twój szczur, Blackie da radę kocurowi? – Spytał z błyskiem w oku Luc.
Danielle rozsmarowała dżem na toście i spojrzała na Lucasa.
-Mój? Nawet trzem. Ale przystopuj. Wiem co ci chodzi po głowie. Nie przyjmuję zakładu, a ty nie będziesz tego sprawdzał!
Bliźniak zrobił naburmuszoną minę i popatrzył na swojego brata.
-Ona nas za dobrze zna – stwierdził ponuro.
-Cześć wam!
Jak na komendę cała trójka odwróciła głowy w stronę zmierzających do nich Ślizgonów. Było to Ciemnowłosy i łudząco podobny do Dan, Andrew w towarzystwie jasnowłosego Scorpiusa.
-Cześć Andy!
-I jak się spało? – Spytał Dick z miną niewiniątka.
-Całkiem nieźle – odpowiedział Scor. – Bo nikt nas nie potraktował śniegiem. – Dodał.
-Ależ co ci przyszło do głowy! – Zawołał Luc. – Kto mógłby coś takiego zrobić? Jakżeby śmiał?!
-Nie wydurniaj się – poradził mu Andy z kwaśną miną.
-Niektórzy zasługują na jeszcze większe katusze, niż odrobina zamarzniętej wody w łóżku – stwierdziła Dan, a jej głos był o wiele zimniejszy niż kilka sekund temu. Spojrzała znacząco na Scorpiusa.
-Tak – odparł blondyn. – Na przykład ty.
-Miałam raczej na myśli CIEBIE. Ponieważ to właśnie przez CIEBIE będę jutro po raz enty czyściła sowiarnię!
Kiedy właśnie Scor otwierał usta, żeby zaprzeczyć jej słowom i powtórzyć, że cała wina leży tu po jednej stronie i bynajmniej, nie należy ona do niego, Andy mu przerwał.
-Znowu sowiarnia? To już się robi nudne. Powinni wykazać się większą kreatywnością.
-To samo powtarzam od lat! – Poparła go siostra.
-Nie musiałabyś, gdybyś nie wpakowywała nas wciąż w szlabany – powiedział Malfoy.
-Ja?!
Dick, Luc i Andy postanowili jak najszybciej zmienić temat. Kłótnie pomiędzy Danielle a Scorpiusem były wiecznym kompanem w życiu całej „paczki”. Dlatego też, nie chcąc tym razem dopuścić do różdżkoczynów lub wrzasków, Dick zaczął nawijać o quidditchu.
Wszyscy grali w Ślizgońskiej drużynie. Danielle była ścigającą, tak jak Dick i Paul Roberts. Scorpius był obrońcą, Luc szukającym, a Andy razem z Willem Woodem byli pałkarzami.
Cała drużyna tworzyła świetnie zgraną „paczkę”. Danielle, była w niej jedyną dziewczyną. Z natury, o wiele lepsze kontakty miała z chłopakami niż z dziewczynami. Dlatego też żadnej prawdziwej przyjaciółki nie posiadała. Została ochrzczona mianem „chłopczycy”. W gronie chłopaków była jednym z nich. Nie traktowali jej raczej jak zwykłą dziewczynę. Była dla nich kumpelą. Bardzo możliwe, że na jej charakter wpłynęło to, że wychowywała się w samym męskim towarzystwie. Nie rozumiała swoich rówieśniczek. Jak można głupio chichotać na widok przystojniaka? To żałosne. Lepiej zagadać. Albo, jak można chodzić na takich wysokich obcasach? To masochizm. Lepsze są trampki, bądź adidasy.
Nie znaczy, to, że nigdy nie była w związku z chłopakiem. Wcale nie. Miała na koncie kilkunastu. Inne dziewczyny mogły się dziwić, ale Dan do brzydkich nie należała, a poza tym oprócz ładnej, zgrabnej kobiety była dla partnera prawdziwą przyjaciółką. Według niej, na tym powinien się związek opierać.
Więc, pytanie brzmi: czemu ciągle kłóci się z Scorpiusem?
Prawdopodobnie, pamiętała dzieciństwo. Rodzina Zabinich była częstym gościem na dworze Malfoy’ów. Mały Scorpius, który miał przyjacielskie stosunki z Andy’m, zawsze dokuczał Danielle. W końcu to dziewczyna. A wszyscy wiemy, jak to często bywa, gdy dzieci są małe. Był złośliwy, nieprzyjemny. Pamiętała to targanie za włosy, rzucanie przezwiskami, kąśliwe uwagi i wyśmiewanie. Nastawiła się więc względem niego, wrogo. Broniła się i tak już pozostało.
W wieku dziesięciu lat rodzice wypowiedzieli najgorsze słowa, w życiu Danielle.
-Przeprowadzamy się do wielkiego, cudownego, nowego domu.
Spytacie pewnie, i co w tym złego? Otóż:
-To zaraz obok Malfoy’ów! Będziecie mieli towarzystwo! ...
Dokładnie.
Nie obyło się bez dzikiej awantury, jaką urządziła Danie (czyt. Dani). Ta przeprowadzka oznaczała przynajmniej siedem lat codziennego towarzystwa Scora. Dla naszej bohaterki było to jak „bezcelowa, zażarta, wieczna pyskówka”.
Nie pomogły zapewnienia o własnym pokoju i własnej łazience. Danielle wolałaby mieszkać z pięcioma osobami a łazienkę dzielić z dziesięcioma, byleby jak najdalej od tego Debila. Tak więc, podczas przeprowadzki całej rodzinie towarzyszyły jęki, marudzenia narzekania itp.
Mimo wszystko zamieszkała w willi tuż obok dworu Malfoy’ów. Z jej tarasu widać było okna pokoju Scorpiusa. Przez pięć lat musiała znosić jego bardzo częste towarzystwo.
I tak oto pokrótce wyglądało dzieciństwo naszej bohaterki.
***
Będę wdzięczna za skorygowanie błędów xD I szczerą opinię;)
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:

Wielkie otwarcie!

sobota, 26.kwietnia.2008, 18:09
[fajerwerki, owacje, ogólnie aplauz]
Witam starych znajomych, jak i nowe twarze!
Rozpoznacie mnie z blogu www.roxana-snape.mylog.pl, www.the-other-side-hp.mylog.pl lub www.lily-and-huncwoki-story.mylog.pl
Powracam z nowym pomysłem xD.
Mam nadzieje, że wam się spodoba. Będzie to historia Danielle Zabini. Córki Blaise'a i Padmy Patil. ma ona brata bliźniaka: Andrew. A zostanie wplątany także Scorpius, bo jego tatuś jest the best xD.
Więcej zdradzać wam nie będę. Wkrótce dodam notkę, ale najpierw trzeba się zareklamować jakoś xD.
Pozdrawiam,
Wasza stara London xD
.::London::.
Nastrój:
Kategoria: brak kategorii
tagi:






| Lay&html by London






Dodaj do ulubionych
O mnie

Twoja szczęśliwa liczba to:




Opowiadanie:

Rozdział 1
"To wszystko twoja wina!"

Rozdział 2
"Nic nie mów!"

Rozdział 3
"...ich obecność będzie dla wszystkich >>kłopotliwa<<"

Rozdział 4
"... jak zmoczysz kota czarną kawą (niesłodzoną) to zamiast futra wyrosną mu kolce, a osoba, która połknie takich kolców dokładnie siedem, zniesie jajo smoka."
Rozdział 5
"Ta... A sklątki śpiewają.

Rozdział 6
"Mimo wszystko"
Rozdział 7
"Zbyt przystojny"





.::Księga::.

.::Zobacz::.
.::Wpisz się::.




.::Archiwum::.

2008
kwiecień (1)
maj (1)
lipiec (1)
wrzesień (1)

2009
styczeń (2)

Mój Profil

Podlinkuj

brak kategorii (6)
Sowa (0)
Opowiadanie (0)
wszystkie (6)

oceny-fanfictionpatronusikhistoria-milosci-draconaniemoralnei-love-you-so-much-evanszycie-bez-zludzendanielle-zabinia-bed-of-rosesleila-weasley-story

Moullin


Lay&html wykonany przez autorkę tego bloga, wyłącznie dla jego potrzeb.